Poniedziałek z matchą Michiko Aoyama
Do kogo ja właściwie kieruję prośby, gdy składając ręce, mówię w myślach: Niech wydarzy się coś dobrego?
Oby się wszystko ułożyło Skupiłam uwagę na miejscu, gdzie stykają się moje dłonie mocno przylegające do siebie, czułam ciepło własnego ciała. Ach, więc to tak, moje prośby kieruję do wnętrza dłoni."
Pamiętacie „Kakao w czwartki”? Marble Café wraca — i to jest powrót w wielkim stylu. Uspokajam od razu: znajomość „Kakao” nie jest wymagana — „Poniedziałek z matchą” czyta się całkowicie niezależnie, choć dla bywalców Marble Café powracające twarze będą dodatkową przyjemnością.
„Poniedziałek z matchą” zaczyna się w dzień, w którym kawiarnia jest normalnie zamknięta: raz w miesiącu, właśnie w poniedziałek, zamienia się w miejsce degustacji matchy. Wokół tej intensywnie zielonej herbaty Aoyama buduje dwanaście opowieści na dwanaście miesięcy — i robi to po mistrzowsku. Postacie płynnie się przenikają: bohater jednej historii mignie w tle kolejnej, ktoś komuś poda czarkę, przypadkowa rozmowa w jednym opowiadaniu okaże się punktem zwrotnym w innym. Nikt tu nie jest statystą — każdy nosi swoją historię i każdy, czasem o tym nie wiedząc, popycha do przodu czyjąś.
To właśnie ten misterny splot napawa moje zero-jedynkowe serce szczęściem. Czytałam ją zresztą tak, jak celebruję rytuał picia mojej ukochanej matchy: bez pośpiechu, łyk po łyku, jedna historia na jedno posiedzenie.
Realizacja naszych pragnień jest w naszych rękach — dosłownie
Moje ukochane, najkrótsze opowiadanie w całym zbiorze sprowadza się do jednej sceny. Bohaterka składa dłonie — tak jak składa się je w świątyni, jak składamy je wszyscy, gdy czegoś bardzo chcemy — i nagle zadaje sobie pytanie, które mnie rozłożyło swoją prostotą:
„Do kogo ja właściwie kieruję prośby, gdy składając ręce, mówię w myślach: «Niech wydarzy się coś dobrego»? «Oby się wszystko ułożyło!» Skupiłam uwagę na miejscu, gdzie stykają się moje dłonie mocno przylegające do siebie, czułam ciepło własnego ciała. Ach, więc to tak, moje prośby kieruję do wnętrza dłoni.”
Tak, tak i sto razy tak! Modlimy się, prosimy, trzymamy kciuki — a całe to ciepło, które czujemy między dłońmi, jest nasze własne. Nie trzeba iść do świątyni, żeby prosić o coś dobrego, bo adresat tych próśb siedzi w nas.
To przepiękne zobrazowanie mojej życiowej mantry: realizacja naszych pragnień i nasze szczęście są w naszych rękach — trzeba tylko wziąć się za robotę. Jak w moim ukochanym anime 100M o sprinterach — naginać rzeczywistość tak długo, aż ugnie się pod naszym naporem. Aoyama nie moralizuje i nie wykłada tego wprost; podaje tę myśl w jednej cichej scenie, a ta zostaje z człowiekiem na długo. Najkrótsze opowiadanie zbioru — i najcelniejsze.
Japonia na deser, czyli minazuki
To lubię w japońskiej literaturze „kawiarnianej” najbardziej: między jedną historią a drugą można się nauczyć czegoś nowego o Japonii. Tym razem Aoyama przemyca całą lekcję kulturową w jednym ciastku — a ja przemycam ją dalej Вам.
Minazuki (水無月) to dawna, poetycka nazwa czerwca w japońskim kalendarzu. Ale to także tradycyjne ciastko wagashi, które pojawia się w cukierniach właśnie pod koniec tego miesiąca — i którego pojawienie się jest ważnym elementem japońskiego kalendarza kulturowego. Wygląda niepozornie: spód to biała, lekko przezroczysta galaretka parowana ze słodkiej mąki ryżowej (uirō), na wierzchu warstwa czerwonej fasoli azuki. I zawsze, ale to zawsze, krojone jest w trójkąty.
Bo w minazuki nic nie jest przypadkowe:
Trójkątny kształt ma przypominać ostro zakończone odłamki lodu — dobra, na które w dawnych czasach stać było wyłącznie cesarza i arystokrację.
Czerwona fasola azuki to w japońskim folklorze kolor ochronny: odpędza złe duchy, choroby i nieszczęścia.
Data też jest rytuałem: minazuki je się tradycyjnie 30 czerwca, ostatniego dnia miesiąca, podczas Nagoshi no harae — letniego święta oczyszczenia. Ma to zapewnić zdrowie i siłę do przetrwania parnych, upalnych miesięcy, które dopiero nadchodzą.
W książce opowiada o tym jedna z bohaterek:
„No pewnie. Nazywa się to nagoshi no harae, letnim oczyszczeniem i odpędzeniem nieszczęść. W dawnych czasach arystokraci dworscy pod koniec czerwca odpędzali upał, wkładając lód do ust. Szykowali się, by przetrwać ciężkie lato. Jednak w tamtych czasach lód był dobrem luksusowym i zwykli ludzie nie mogli sobie na niego pozwolić. Dlatego cięli na trójkąty białą ryżową galaretkę, wyobrażając sobie, że to lód.”
Zwykli ludzie nie mieli lodu, więc go sobie wymyślili — z mąki ryżowej i wyobraźni. A po kilkuset latach ich „udawany lód” wciąż jest jedzony co roku, tego samego dnia, w tym samym celu. Czy to nie najpiękniejsza definicja kultury?
O perspektywie
Bardzo spodobała mi się też opowieść o nieszczęśliwej nastoletniej miłości i o tym, jak boli brak zrozumienia wśród rówieśników. Znamy to wszyscy: cały świat kurczy się wtedy do jednej klasy, jednej grupki, jednej osoby, która nas nie widzi. I właśnie w tym momencie ktoś mówi bohaterce rzecz pozornie banalną, a wywracającą wszystko:
„Wszystko przez to, że patrzysz wyłącznie na nich. Jak się odwrócisz w drugą stronę, świat będzie wyglądał inaczej.
I nieoczekiwanie różne sprawy wydały mi się bez znaczenia.”
Wystarczy się odwrócić. Świat nie ma jednego frontu — to my decydujemy, w którą stronę patrzymy i co urasta w naszych oczach do rangi „wszystkiego”. A zaraz potem pada zdanie, które powinno wisieć nad łóżkiem każdego, kto kiedykolwiek porównywał się z innymi:
„Każdy błyszczy w innym miejscu i w innym czasie. (...) Jeśli nie da się tego określić liczbowo, tym bardziej nie można porównywać i twierdzić, że coś jest najlepsze, a coś gorsze.”
W świecie, który próbuje zliczyć i zrankingować dosłownie wszystko — lajki, kroki, oceny, zasięgi — Aoyama przypomina, że tego, co w nas najcenniejsze, policzyć się nie da. A skoro nie da się policzyć, nie da się też porównać.
O pamięci i pielęgnowaniu relacji
Najbardziej urzekła mnie jednak historia wieloletniej przyjaźni opartej na pisaniu listów. Dwie osoby, dekady, papier i atrament — relacja pielęgnowana w tempie, które dziś wydaje się nie z tej epoki. I zdanie, które jest chyba najdojrzalszą definicją bliskości, jaką ostatnio czytałam:
„Myślę, że związek z przeznaczoną nam osobą to bardzo krucha rzecz, rozsypie się w drobny mak, jeśli któraś ze stron zachowa się niedelikatnie. Trzeba okazywać tej drugiej osobie zainteresowanie w każdym skierowanym do niej słowie czy przelotnym spojrzeniu. Związek przetrwa, jeśli będziemy go pielęgnować.”
I myślę, że warto się przy tym zatrzymać na dłużej. W czasach, kiedy toniemy w informacyjnym szumie i obowiązkach — czy naprawdę jesteśmy z bliskimi, kiedy z nimi jesteśmy? Czy czas spędzony razem nie jest najlepszym prezentem, jaki możemy komuś dać? Czy naprawdę ich słuchamy — czy tylko czekamy na swoją kolej, scrollując w międzyczasie? Co o nich w ogóle wiemy? I czy — mimo że pielęgnowanie relacji to ciężka, codzienna praca — robimy ją, bo naprawdę nam zależy?
A po co w ogóle ją robimy? Może po prostu dlatego, że daje nam szczęście — które, jak pisze Aoyama, jest kształtem utkanym z mnóstwa cieniutkich nitek: drobiazgów, z których każdy z osobna, choć piękny, jest kruchy. Szczęście nie przychodzi w jednym wielkim wydarzeniu; jest uplecione z drobnych, delikatnych gestów, które łatwo zerwać i które trzeba splatać wciąż od nowa.
A jeśli relacja szczęścia nie daje? Może warto zakończyć te znajomości, w których nie ma miejsca na obustronność — i Aoyama nawet na to ma zdanie, które zabieram ze sobą, bo odbiera zakończeniom ich ciężar porażki:
„Zakończenie nie oznacza przejścia do kolejnego etapu i na tym koniec, trzeba spojrzeć na to, co się robiło do tej pory, i siebie zaakceptować. Jest to też dobry moment, by podziękować tym, którzy nas wspierali.”
Zakończenie jako moment wdzięczności, nie żałoby. Bardzo japońskie. Bardzo potrzebne.
Komu polecam?
Wszystkim, którzy lubią kameralne, przenikające się historie i japońską codzienność podaną łyżeczką — a przy okazji chcą się czegoś o Japonii nauczyć, bo Aoyama przemyca kulturę, kalendarz i wagashi między wierszami.
Na koniec
„Poniedziałek z matchą” to dla mnie powrót w wielkim stylu — i przypomnienie, że nasze szczęście oraz realizację pragnień nosimy we wnętrzu własnych dłoni. Idealna do czytania powoli, historia po historii. Oczywiście z czarką matchy.