Okład z kota, eskapizm i karmienie własnego ego — Shō Ishida „Zaleca się kolejnego kota”
Można by pomyśleć, że eksploatowanie tak znanego, powtarzalnego konceptu musi w końcu osunąć tę prozę w nużącą wtórność. I nie będę ukrywać — schemat jest tu dokładnie ten sam, co w pierwszym tomie: pacjent, lecznica, kot na receptę, przemiana. Fabularnych niespodzianek nie znajdziecie. A mimo to zanurzyłam się w tę opowieść bez reszty podczas kilkugodzinnego lotu samolotem, bo druga część okazała się literackim odpowiednikiem filiżanki gorącej herbaty i ulubionego deseru — bezpiecznym, niemal intymnym azylem. Po tę książkę nie sięga się dla zaskoczenia, tylko dla ukojenia. I myślę, że to jest właśnie esencja japońskiej literatury iyashikei.
Dla tych, którzy nie znają jeszcze tej literackiej przestrzeni: iyashi-kei (癒やし系) to w Japonii prężny nurt, który można przetłumaczyć jako „literaturę wytchnienia” lub „literaturę uzdrawiającą”. Opowieści o efemerycznej lecznicy Kokoro, ukrytej w labiryncie bocznych uliczek Kioto, są jej perfekcyjną, wzorcową reprezentacją. To tam ekscentryczny lekarz, sprawiający wrażenie przybysza z zupełnie innej epoki, zamiast farmaceutyków przepisuje pacjentom koty na receptę. Całość z założenia pisana jest po to, by przynieść pocieszenie przebodźcowanemu, współczesnemu człowiekowi.
Ale uwaga, bo Ishida robi nam tu mały numer. Pod tą puszystą, typową dla iyashikei kojącą fakturą opowieści, przemyca diagnozę naszych słabości, która wcale nie jest taka miła. I właśnie o tym chcę Wam opowiedzieć.
Kot jako pomost, a nie ucieczka
Struktura powieści przypomina subtelne, epizodyczne anime z gatunku slice of life. Śledzimy losy życiowych rozbitków, którzy stracili wewnętrzny rezonans. Mnie najmocniej uderzyła druga opowieść — portret dziadka sparaliżowanego żałobą i lękiem przed kodokushi (samotną śmiercią, będącą plagą wielkich japońskich metropolii) oraz jego wnuka, młodego chłopaka tkwiącego w matni hikikomori (引きこもり), czyli całkowitego wycofania się ze społeczeństwa i zatrzaśnięcia w czterech ścianach własnego pokoju.
Dwoje ludzi pod jednym dachem, każdy zamknięty w swojej skorupie. Dopiero konieczność wyjścia poza ramy własnych neuroz i traum, by zaopiekować się kruchym, zewnętrznym istnieniem, pozwala im skruszyć dzielący ich mur. Czasem, żeby zacząć leczyć siebie, trzeba najpierw przestać patrzeć na siebie — i przekierować uwagę na drugiego człowieka albo stworzenie.
Prawdziwy punkt zwrotny, bez żadnej taryfy ulgowej dla ludzkich słabości, następuje jednak w rozdziale poświęconym schronisku dla zwierząt. Poznajemy tam przepracowanego wicedyrektora, człowieka uwięzionego w pułapce gaman (我慢) — japońskiej cnoty milczącego znoszenia cierpienia, zaciskania zębów i dźwigania ponadludzkiego ciężaru bez cienia skargi. To, z czym ten bohater musi się mierzyć na co dzień, budzi autentyczny sprzeciw.
Estetyczna maskotka z Instagrama kontra prawdziwe życie
Wątek schroniskowy to moment, w którym Ishida obnaża ludzki narcyzm i nie bierze jeńców. Piętnuje syndrom „estetycznej adopcji” — postawę ludzi, którzy ulegają chwilowemu impulsowi, natchnieni idealnymi, urokliwymi kadrami z mediów społecznościowych. Pragną pięknego, bezproblemowego akcesorium, które gładko wkomponuje się w ich starannie wyreżyserowaną codzienność.
Kiedy jednak iluzja pęka i okazuje się, że zwierzę ma swoją autonomię i kaprysy, że choruje, brudzi i wymaga ciężkiej pracy — ci sami „wrażliwi miłośnicy” bez mrugnięcia okiem zwracają je za kraty schroniska, kwitując to stwierdzeniem, że podopieczny okazał się „zbyt trudny”. Przyznam szczerze: przy tym fragmencie miałam ochotę rzucić książką.
Antytezą tego konsumpcyjnego podejścia staje się postać małego chłopca. On nie szuka w zwierzęciu emocjonalnej protezy ani łatwego pocieszenia. Z pokorą studiuje kocie zachowania, próbuje autentycznie zrozumieć odrębną psychikę stworzenia i w pełni świadomie decyduje się na adopcję kota najbardziej straumatyzowanego, doskonale wiedząc, ile trudu i cierpliwości będzie kosztować ta relacja.
Czytałam ten fragment i myślałam o moim psie. O tym, jak bardzo zwierzę potrafi przemeblować życie — nie tylko poranki i grafik dnia, ale coś znacznie głębszego. Ile radości daje mi codziennie, zupełnie za darmo i zupełnie bezwarunkowo. I właśnie dlatego historia ze schroniska tak we mnie uderzyła: bo ta radość jest drugą stroną zobowiązania, którego wielu bohaterów tej książki nie chce przyjąć.
Ishida stawia przed nami lustro i zmusza do zrzucenia masek: zanim przyjmiesz pod swój dach żywą istotę, odpowiedz sobie na pytanie, czy dysponujesz realną przestrzenią w swoim życiu. Metraż mieszkania nie ma znaczenia. Liczy się to, czy bez narzekania posprzątasz, gdy zwierzę zachoruje. Czy bez dyskusji wstaniesz o świcie, by zaspokoić potrzeby małego futrzastego stworzenia — czy może szukasz jedynie darmowego terapeuty, który ma bezwysiłkowo uleczyć Twój samotny wieczór?
Samotność w cieniu wielkich „manshon”
Dla czytelników poszukujących w literaturze kulturowego tła, Ishida niemal mimochodem rekonstruuje specyfikę japońskiej samotności. Ogromny kult, jakim otacza się tam koty, nie jest jedynie estetycznym kaprysem popkultury.
W realiach, gdzie korporacyjny dryl wysysa z pracowników (sararimanów) resztki sił witalnych, a nadgodziny sprawiają, że dom staje się jedynie sypialnią, posiadanie psa graniczy z cudem. Pies po prostu nie przetrwa czternastu godzin w zamknięciu. Kot, ze swoją dumną niezależnością, staje się jedynym logicznym wyborem.
Do tego dochodzi bezwzględna biurokracja japońskich apartamentowców — tzw. manshon (マンション). W większości z nich obowiązuje restrykcyjna zasada petto fuka, czyli całkowity zakaz trzymania zwierząt. Jeśli administracja przewiduje wyjątki, psy zazwyczaj odpadają pierwsze jako potencjalne źródło hałasu w społeczeństwie, w którym cisza graniczy z religią. Cichy, kompaktowy kot staje się więc dla milionów potwornie samotnych ludzi jedynym legalnym substytutem bliskości, czułości i kontaktu z naturą.
Podsumowanie
Nie chcę zdradzać Wam więcej, ale Shō Ishida napisała książkę, która pod kostiumem uroczej, momentami magicznej opowiastki uderza w nas prostą prawdą, definiującą paradoks iyashikei. Literaturę uzdrawiającą często czytamy dokładnie tak, jak jej bohaterowie adoptują koty — żeby zafundować sobie szybkie, bezpieczne katharsis i poczuć się lepszymi ludźmi bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów. A Ishida przypomina, że żywe stworzenie (i prawdziwe rozwiązanie naszych problemów) to nie bezpłatne panaceum na egzystencjalne lęki. To zobowiązanie, które wymaga, abyśmy wreszcie przestali być centrum swojego własnego świata.
Czy trzeba znać pierwszy tom? Nie — każda historia broni się osobno, choć jeśli znacie już lecznicę Kokoro, wrócicie tam jak do znajomego miejsca. Polecam każdemu, kto potrzebuje wytchnienia, ale nie boi się, że pod kocim futerkiem znajdzie lustro. I każdemu, kto rozważa adopcję — najlepiej przed wizytą w schronisku, nie po. 🐾