Kwiat wiśni i czerwona fasola — Durian Sukegawa

„Żyjesz tak, jak tylko Ty potrafisz. Jestem pewna, że kiedyś nadejdzie dzień, gdy powiesz z przekonaniem: »To moje życie«. Staniesz wyprostowany, dumny z tego, kim jesteś, nawet jeśli nie zostaniesz pisarzem ani mistrzem dorayaki.”

Przepiękna książka, ale lojalnie ostrzegam: nie czytajcie jej w pociągu, zwłaszcza japońskim, bo będziecie fontanną łez, co spotka się z ukradkowymi spojrzeniami współpasażerów i mówienie im „daijōbu” nie pomoże. 🤭

To chwytająca za serce opowieść o wykluczeniu i podobnie jak w poprzedniej powieści autora, Koty z Shinjuku, tu również mocniej i głębiej opowiada on o życiu ludzi niechcianych i odtrąconych przez system.

„Żyjesz tak, jak tylko Ty potrafisz. Jestem pewna, że kiedyś nadejdzie dzień, gdy powiesz z przekonaniem: »To moje życie«. Staniesz wyprostowany, dumny z tego, kim jesteś, nawet jeśli nie zostaniesz pisarzem ani mistrzem dorayaki.”

Główny bohater, Sentaro – chłopak bez wykształcenia, z trudną przeszłością i pogrzebanymi marzeniami o pisaniu – pracuje w sklepiku z dorayaki, tradycyjnymi naleśnikami nadziewanymi słodką pastą z czerwonej fasoli. Interes nie idzie najlepiej, a on czuje, że życie przecieka mu przez palce, podczas gdy kwitnące wiśnie tylko przypominają o upływie czasu. Wszystko zmienia się, gdy progi sklepu przekracza staruszka Tokue. To ona uczy go nie tylko sztuki przygotowywania doskonałego farszu, ale wnosi mądrość, która na zawsze odmienia życie chłopaka.

Główny bohater wielokrotnie zastanawia się, po co żyć. Odpowiedź zaczyna do niego docierać, gdy poznaje bliżej historię pani Tokue. Książka Sukegawy to bowiem nie tylko opowieść o naleśnikach, ale też bardzo ważny głos w sprawie osób chorych na trąd (chorobę Hansena), które w Japonii przez dziesięciolecia były przymusowo izolowane w sanatoriach. Japonia zniosła ustawę o przymusowej izolacji dopiero w 1996 roku, co czyni tę historię jeszcze bardziej gorzką. Świadomość tego systemowego wykluczenia nadaje tej lekturze niesamowitej głębi i uświadamia, z jak potężnym ciężarem zmagała się ta staruszka. Choć przeżyła poważną chorobę i brutalne odrzucenie przez społeczeństwo, mimo wszystko nie poddaje się – chce żyć i chce, by jej życie miało smak i sens. To kompletnie zmienia świat Sentaro.

Warto też zwrócić uwagę na to, jak pani Tokue uczy chłopaka cierpliwości – ona dosłownie „słucha głosów fasoli”. Dla nas, żyjących w wiecznym biegu, brzmi to pewnie jak czyste szaleństwo, ale w tej książce to najpiękniejsza lekcja uważności. Tokue pokazuje, że wszystko, co nas otacza, ma swoją historię i zasługuje na szacunek. Często traktujemy swoją codzienność czy pracę jak przykry obowiązek, zupełnie jak Sentaro na początku, a ta historia uświadamia, że nawet w przygotowywaniu jedzenia można odnaleźć głęboką więź ze światem. To nas uczy, że pasja wcale nie musi być głośna i widowiskowa, a zwolnienie tempa pozwala dostrzec detale, które normalnie nam umykają. I to właśnie te małe rzeczy sprawiają, że nasza „pusta mapa” zaczyna nabierać barw.

Nie chcę opowiadać Wam wszystkiego, ale po przeczytaniu tej książki na pewno zastanowicie się nad kruchością życia i nad tym, jak nasz los jest dla nas dobry i łaskawy w kontekście historii pani Tokue. To pozycja o tym, co w życiu najważniejsze, zwłaszcza gdy przeciwności losu i społeczne uprzedzenia wystawiają nas na próbę.

Kiedy zamknęłam ostatnią stronę, poczułam ogromną wdzięczność za moją codzienność i wolność, którą mam. Ta historia zostawiła mnie z jedną, bardzo wyraźną myślą: każdy człowiek, którego mijamy, niesie swój własny, niewidzialny ciężar i zasługuje na nasze ciepło. Bardzo Wam polecam tę podróż, ale miejcie pod ręką chusteczki!

Next
Next

Seikatsu no Rizumu i niewidzialne szczyty — Recenzja „Dylematów kobiet pracujących” Fumiko Yamamoto