Seikatsu no Rizumu i niewidzialne szczyty — Recenzja „Dylematów kobiet pracujących” Fumiko Yamamoto
Trudna i bolesna, idealna jeśli mamy ochotę na refleksję. Feministyczna klasyka literatury japońskiej po raz pierwszy po polsku. Bohaterkami opowiadań w zbiorze Dylematy kobiet pracujących są kobiety, które nie chcą i nie potrafią dostosować się do obowiązujących w patriarchalnej strukturze zasad. To kobiety, które są zmęczone narzuconymi normami, zbuntowane, poszukujące własnej definicji wolności we współczesnej Japonii. Yamamoto z ciętym humorem, ironią i empatią opisuje bohaterki, które odmawiają dalszego spełniania cudzych oczekiwań i kwestionują świat, w którym wartość kobiety mierzy się produktywnością, a sens życia podporządkowuje pracy.
Tak tę książkę przedstawia wydawca, jednak nie do końca zgadzam się z nim, że jest to dramat kobiet w patriarchalnym świecie. Zgadzam się, że jest to presja po cichu radzenia sobie ze wszystkim. To różne historie kobiet, które zmagają się z codziennym życiem. Są tu trzy historie, które mnie poruszyły. Postaram się nie opowiadać detali, byście sami mogli przeczytać tę opowieść.
Pierwsza myśl jest o tym, jak łatwo jest nam kogoś osądzać lub oczekiwać czegoś od kogoś, kto inaczej postrzega to, przez co przeszła i mimo wygranej nadal musi podejmować walkę, podczas gdy społeczeństwo oczekuje od niej powrotu do „normalności”. Bardzo dobry materiał do refleksji, szczególnie dla mnie, gdzie staram się być współczująca, ale jednak jestem człowiekiem czynu i zaskakuje mnie, że ludzie nie potrafią lub nie chcą działać, podczas gdy dla kogoś takie nawet małe działanie może być jak wspięcie się na Mt. Everest.
Podobną, ale jednak o innym zabarwieniu, niesie ze sobą kolejna historia, gdzie kobieta „matka” – matka opiekunka dla swojej mamy, teścia, męża i dzieci – podejmuje nocną pracę w sklepie, by móc zapewnić rodzinie przychód. To, co najbardziej uderzyło mnie w tej historii, to to, że bohaterka prawie została zgwałcona, wróciła do domu i nic się nie zmieniło. Dzień był jak co dzień – opieka nad innymi. Opieka fizyczna i psychiczna; dbanie o to, czy mają co jeść, jak się czują, podczas gdy ona jako robot tych uczuć nie posiada. Nic się nie zmienia do popołudnia, kiedy jej córka wraca do domu i ją zwalnia:
„Poczułam się zwolniona przez córkę – zwolniona z bycia matką. Co ja takiego zrobiłam? Przecież tak się starałam, żeby robić wszystko najlepiej.”
Jako kobiety wchodzimy w rolę matki opiekunki, bo tego wymaga i uczy nas społeczeństwo, a my często wchodzimy w tę rolę bez zastanowienia, z defaultu. Zatracamy się w tym i my, i wszyscy inni – zapominamy o tym, kim jesteśmy, bo nadpisują nas społeczne role.
Trzecia historia, która jest mi bliska, jest o kobiecie, która odzyskała czas, tracąc sens wszystkiego:
„Jak się nie ma w życiu jakiś priorytetów, bardzo trudno jest podejmować decyzje.”
I tu w duchu Japonii, którą kocham i podziwiam, myślę, że praca nadaje rytm życiu. Ikigai oznacza „powód do życia” lub „sens poranka”. To punkt styku czterech elementów: tego, co kochasz, w czym jesteś dobry, czego potrzebuje świat i za co mogą ci zapłacić. Praca będąca ikigai naturalnie organizuje i napędza całe życie. Rozmawiając z wieloma przewodnikami w Japonii – w większości są to osoby starsze – zauważyłam, że decydują się na pracę, by zachować Seikatsu no Rizumu (生活のリズム).
Seikatsu no Rizumu (生活のリズム) to dosłownie „rytm codziennego życia”. Japończycy często używają tego sformułowania w kontekście pracy (shigoto), która pomaga utrzymać zdrową rutynę, stałe godziny snu i aktywności. Praca zmusza do rutyny, ale zmusza też do interakcji z innymi ludźmi. Oczywiście w Japonii, ze względu na dziedzictwo bushido, o którym wspominałam przy Kotach z Shinjuku, często idzie to w ekstremum. Nomikai jest traktowane jako przedłużenie pracy – budowanie więzi, tzw. nemawashi. Nieobecność jest często postrzegana jako brak zaangażowania. Cel: zacieśnianie relacji, przełamywanie hierarchii, wspólne picie alkoholu, co pozwala rozluźnić atmosferę i ułatwia komunikację, której brakuje w sztywnym japońskim biurze.
Ale właśnie dla mnie historia tej bohaterki, która próbuje żyć szczęśliwie na bezrobociu, mimo tego że czegoś jej brak, obrazuje według mnie, że brak pracy to nie tylko brak pieniędzy, ale też rytmu życia. Bez tego rytmu, bez tych priorytetów, stajemy przed pustką, w której każda decyzja staje się ciężarem ponad siły.
Zostawiam Was z pytaniem, które ta książka zadała mi najgłośniej: Czy Twój codzienny rytm życia pomaga Ci być sobą, czy jest tylko klatką, która powoli nadpisuje to, kim naprawdę jesteś?