Nowa lalka

Disney uwielbia mezalianse. Tylko że u niego zawsze kończą się dobrze.
Wczoraj zobaczyłam taki, który bajką się nie kończy: „Lalkę” w Teatrze Narodowym, z orkiestrą grającą na żywo. To doznanie polecam każdemu. Muzyka działa tu jak u Murakamiego: w „1Q84” ważnym momentom towarzyszy „Sinfonietta” Janáčka. Tu też dźwięk podpowiada, że właśnie teraz trzeba patrzeć uważniej.
Film powstał na podstawie powieści Bolesława Prusa i chciałoby się wierzyć, że ta historia jest już nieaktualna. Dla tych, którzy „Lalki” nie czytali: to historia Stanisława Wokulskiego, kupca, który dorobił się ogromnego majątku. Wokulski ma za sobą zsyłkę. Później, podczas wojny, w najcięższych momentach trzyma go przy życiu wspomnienie twarzy wyidealizowanej Izabeli. Jego marzeniem jest być szczęśliwym, a szczęśliwy może być tylko z nią.
I jest ona, lalka. Izabela Łęcka, piękna arystokratka z rodziny, której zostały nazwisko i pozycja, ale kończą się pieniądze. W oglądanej przeze mnie adaptacji chciałaby zostać aktorką albo iść na studia, ale dla ojca tonącego w długach jest tylko „assetem”, zabezpieczeniem. Wokulski mógłby dać jej życie, o jakim marzy: spektakle, gości, salony. Jest jednak kupcem, nie panem z wyższego rodu, więc pokazywanie się z nim ją ośmiesza w jej środowisku. U Prusa kupiec i arystokratka nie dostają szczęśliwego zakończenia.
Moglibyśmy pomyśleć, że to sytuacja sprzed stu pięćdziesięciu lat. Tymczasem prawniczka powiedziała mi ostatnio, że młode kobiety podpisują z dojrzałymi partnerami umowy, tak zwane ubezpieczenie za zmarnowany czas. Inwestują w te związki swoje najlepsze lata, odkładają własne plany i karierę, a w zamian dostają obietnicę wspólnej przyszłości, która nie zawsze się spełnia. Wiedzą, że w oczach części mężczyzn z czasem przestaną być „nową lalką”, i zamiast udawać, że ich to nie dotyczy, zabezpieczają się. Szokujące? Jako pragmatyczka szanuję to i pochwalam, bo dopuszczają możliwość, że obietnica nie stanie się rzeczywistością.
Wokulski za to niczego sobie nie zabezpieczył. Gdy Izabela go odtrąca, on wciąż ma tylko jeden cel, jedno szczęście. Nie odwodzi go od niego nawet spotkanie z Geistem, genialnym naukowcem, który pokazuje mu przełomowy wynalazek i daje mu artefakt na pamiątkę. Otwiera się przed nim możliwość innego życia, ale on nadal wybiera ją.
W końcu Izabela rozumie, że tylko Wokulski może dać jej życie, jakiego pragnie, i przyjmuje oświadczyny. On daje jej ten artefakt i mówi, że zrezygnował dla niej ze wszystkiego, z życia, które mógł mieć. Dla niego ten przedmiot jest symbolem całej przyszłości, z której dla niej zrezygnował. Kiedy jej go oddaje, wierzy, że ona rozumie, ile naprawdę trzyma w rękach. A ona flirtuje z innym mężczyzną i wyśmiewa ten dar.
I w tej scenie razem z Wokulskim cierpię ja i, jak podejrzewam, część z Was. Bo coś w nas umiera, kiedy patrzymy, jak ktoś wyciera buty w nasze wartości albo wyrzuca w błoto coś, co było dla nas tak cenne. Po czymś takim nie ma już powrotu. Wokulski odchodzi, choć Izabela prosi go o pomoc.
Ona ostatecznie wybiera klasztor. Odczytuję jej decyzję również jako odmowę dalszego bycia tylko „assetem” ojca. A on? Prus nie mówi wprost, co się z nim dzieje. Zostaje trop wysadzonych ruin w Zasławku — wyraźny sygnał, że coś się skończyło. Tylko czy to koniec, po którym zaczyna życie od nowa, czy koniec całkowity?
Jedno jest dla mnie pewne: nie wszystkie marzenia powinny się spełniać, a im dłużej o nich marzymy, tym bardziej je idealizujemy. Mówię to ze swojej strukturalnej, czarno-białej, realistycznej perspektywy.
Dlatego kiedy pytają mnie, czemu nie mieszkam w Japonii, którą kocham, odpowiadam: właśnie dlatego. Wyidealizowałam ją już tak bardzo, że nie chcę, by dotknął jej realizm. A poza tym o czym wtedy będę marzyć? Dokąd uciekać w myślach?

A Wy? Mieliście takie marzenie, które w trakcie spełniania smakowało inaczej, niż sobie wyobrażaliście?

Next
Next

“Yes Man” — remedium na otchłań negatywności