“Yes Man” — remedium na otchłań negatywności

„Świat jest placem zabaw. Wiesz o tym, kiedy jesteś dzieckiem, ale gdzieś po drodze wszyscy o tym zapominają.”

Od czasu do czasu czuję, że zaczyna mnie zasysać otchłań negatywności. Nie wydarza się nic spektakularnego. Po prostu nagle wszystko wydaje się odrobinę bardziej męczące, ludzie trochę bardziej irytujący, plany mniej warte zachodu, a rzeczy, które normalnie mnie ciekawią, zaczynają przegrywać z bardzo kuszącą perspektywą pozostania tam, gdzie już jestem. I wtedy wiem, że trzeba coś zmienic.

Nie wierzę szczególnie w pozytywne myślenie, afirmacje do lustra ani obowiązek odnajdywania wdzięczności w każdym poniedziałkowym poranku. Świat bywa paskudny i żadna liczba karteczek z napisem „GOOD VIBES ONLY” tego nie zmieni. Ale coraz bardziej wierzę w coś innego: sposób, w jaki patrzymy na rzeczywistość, bardzo szybko zaczyna wpływać na to, ile tej rzeczywistości w ogóle jeszcze do siebie dopuszczamy.

Mam obok siebie dwa niemal laboratoryjne przykłady.

Z jednej strony mój mąż — człowiek słoneczko. Zawsze przekonany, że wszystko się jakoś ułoży, że ludzie generalnie mają dobre intencje, a katastrofa, którą ja już zdążyłam rozpisać w Excelu na cztery scenariusze, prawdopodobnie wcale się nie wydarzy. Czasami mam ochotę założyć okulary przeciwsłoneczne, bo dla mojego realistycznego, mocno stąpającego po ziemi, małego pomorskiego demona* jest to po prostu za dużo światła. 😆

Z drugiej strony znam kogoś, kto przez życie idzie z przekonaniem: „Ciemność widzę, widzę ciemność”*. Niemal wszędzie znajdzie coś złego — odrzucenie, zniewagę, rozczarowanie, czyjąś złą intencję. Nawet neutralne zdarzenie może po chwili zostać przetworzone w kolejny dowód na to, że świat jednak jest przeciwko niemu.

Negatywność rzadko przychodzi z hukiem. Jest raczej cierpliwym administratorem, który powoli wykreśla kolejne pozycje z kalendarza. Najpierw jedno wyjście, bo nie warto. Potem drugie, bo ludzie męczą. Potem telefon, którego nie chce się odebrać. Potem propozycję, która na pewno skończy się źle. W końcu świat nie staje się dramatycznie gorszy. Po prostu zostaje go coraz mniej.

I chyba właśnie dlatego od czasu do czasu wracam do Yes Man. To przecież nie jest żaden traktat filozoficzny. To komedia z Jimem Carreyem, momentami kompletnie absurdalna, miejscami bardzo głupia i właśnie dlatego chyba tym bardziej lubię fakt, że siedzi w niej jedna myśl, która wraca do mnie od lat. Nie chodzi nawet o „tak”. Chodzi o automatyczne „nie”. Nie pójdę. Nie spróbuję. Nie znam. Nie umiem. Nie moje klimaty. Nie teraz. Może innym razem.
Po pewnym czasie człowiek przestaje zauważać, że w ogóle podejmuje jakąś decyzję. „Nie” staje się ustawieniem fabrycznym.

Yes Man jest luźno inspirowany książką Danny’ego Wallace’a, który po rozstaniu i okresie coraz większego zamykania się na ludzi postanowił zrobić sobie eksperyment: przez jakiś czas mówić „tak” pojawiającym się okazjom. Nie dlatego, że wszystkie były świetne. Chodziło raczej o to, żeby znowu dopuścić do życia przypadek. I chyba właśnie ten przypadek interesuje mnie najbardziej. Nie wielkie gesty. Nie rzucanie pracy i wyjazd w Bieszczady albo, w moim „skromnym” przypadku, do Japonii. Raczej drobne zakłócenia planu. Pójście gdzieś, gdzie normalnie bym nie poszła. Zapisanie się na coś, w czym prawdopodobnie będę beznadziejna. Rozmowa z kimś, kogo nigdy bym nie poznała, gdybym została w domu. Zrobienie czegoś, na co nie mam rozsądnej odpowiedzi na pytanie: „Ale właściwie po co?”.

I tutaj pojawia się Allison, grana przez moją ukochaną Zooey Deschanel.Śpiewa w dziwnym zespole z mniej więcej trzema osobami na widowni i prowadzi grupę joggingowo-fotograficzną, czyli ludzie biegają i jednocześnie robią zdjęcia. Jogging photography. Oczywiście. I ja ją za to kocham. Allison robi rzeczy nie dlatego, że prowadzą do awansu, rozwoju osobistego, lepszego CV czy jakiegoś mierzalnego rezultatu. Robi je, bo ją bawią. Bo ma ochotę. Bo dlaczego nie. To wydaje mi się dziś zaskakująco rzadką umiejętnością: robić coś, czego nie trzeba zamieniać w projekt, monetyzować, uzasadniać ani tłumaczyć innym ludziom.

Kiedy ostatnio zrobiliście coś tylko dlatego, że Wam się podobało?

Carl zaczyna mówić „tak” i jego świat robi się większy. Poznaje ludzi, trafia w miejsca, w których wcześniej by się nie znalazł, uczy się rzeczy kompletnie przypadkowych. I bardzo lubię to, że film później pozwala tym pozornie niepotrzebnym doświadczeniom wrócić. Lekcje gry na gitarze mogą komuś uratować życie. Absurdalne? Oczywiście. Ale sama myśl wcale nie jest głupia. Nigdy nie wiemy, która rzecz nauczona „bez sensu” okaże się kiedyś zadziwiająco przydatna. Większość życia zresztą chyba właśnie tak wygląda — sens pojawia się często dopiero później.

Podobnie dzieje się w pracy Carla. Zaczyna udzielać małych pożyczek ludziom, których wcześniej nikt nie potraktowałby szczególnie poważnie. Nie wielkim firmom z doskonałą prezentacją i biznesplanem na sto slajdów, tylko ludziom z małymi biznesami, dziwnymi pomysłami i planami, które dla banku mogłyby wyglądać zbyt ryzykownie, zbyt mało imponująco albo po prostu zbyt mało „bankowo”. I okazuje się, że ci ludzie spłacają swoje zobowiązania. Oddział zaczyna zarabiać, Carl dostaje awans, ale najbardziej lubię coś innego: później w filmie zaczynamy dostrzegać produkty i biznesy, które wcześniej dostały od niego szansę. Te małe „tak” przestają być pojedynczymi decyzjami i zaczynają mieć własne życie.

Jest w tym coś bardzo prostego i bardzo prawdziwego: czasami wystarczy, że jedna osoba potraktuje czyjś pomysł poważnie, żeby coś, co mogło nigdy nie zaistnieć, naprawdę pojawiło się w świecie.

Oczywiście film dość szybko pokazuje też drugą stronę. Bo automatyczne „tak” jest właściwie równie bezmyślne jak automatyczne „nie”. Jeśli zgadzamy się na wszystko, również przestajemy decydować. Można dać się wykorzystać, przekraczać własne granice, robić rzeczy, których wcale się nie chce — tylko dlatego, że tym razem odruch działa w przeciwną stronę.

I właśnie wtedy pojawia się rozmowa, która pomaga nam zrozumieć funkcję „tak” — jakby nasze życie było zadaniem matematycznym, tylko niestety bez jednego poprawnego wyniku:

Czyli całe to mówienie «tak» to jedna wielka bzdura?
— Nie. Po prostu nie wiesz, jak z tego korzystać.
— Jasne, że wiem. Mów «tak» wszystkiemu. Niezbyt skomplikowane.
— Nie, nie o to chodzi. Może na początku tak, ale tylko po to, żeby cię otworzyć. Żebyś zaczął. A później mówisz «tak» nie dlatego, że musisz, nie dlatego, że każe ci jakaś umowa, tylko dlatego, że w głębi serca naprawdę tego chcesz.”

I chyba właśnie o to chodzi w całym tym „tak”. Nie żeby bezmyślnie zgadzać się na wszystko, tylko żeby na chwilę wyłączyć swój automatyczny filtr „nie, to nie dla mnie” i sprawdzić, co się stanie. Bo czasem trzeba się trochę wypchnąć z własnego bezpiecznego schematu, żeby w ogóle przypomnieć sobie, że mamy wybór. Carl na początku właściwie go nie ma. Na wszystko odpowiada „nie”. Później nadal go nie ma, bo na wszystko odpowiada „tak”. Zmienia się słowo, ale mechanizm pozostaje ten sam. Mózg jest pod tym względem mało romantyczny. Lubi schematy, przewidywalność i rzeczy, które kosztują go możliwie mało energii. Jeśli więc wystarczająco długo ćwiczymy „nie”, po pewnym czasie przestaje ono być odpowiedzią. Staje się skrótem. Trochę jak z mięśniem — swoje „tak” też trzeba czasem poćwiczyć, żeby w ogóle zaczęło się pojawiać. Nie po to, żeby później mówić „tak” wszystkiemu. Tylko żeby nasz wewnętrzny system optymalizacji nie zoptymalizował nam życia do punktu, w którym już właściwie nic się w nim nie wydarza. I chyba właśnie to jest moje remedium na otchłań negatywności. Nie obowiązkowy optymizm. Nie udawanie, że złe rzeczy nie istnieją. Nie zachwycanie się wszystkim dla zasady. Raczej pilnowanie, żeby mój własny mechanizm obronny nie stał się przypadkiem mechanizmem izolacji. Żeby rozsądek nie zamienił się w unikanie. Żeby realizm nie zamienił się w cynizm. Żeby bezpieczeństwo nie stało się tak komfortowe, że w końcu nie będę miała z niego dokąd wyjść.

Bo świat może nie być placem zabaw przez cały czas. Ale bardzo nie chciałabym być osobą, która w każdej huśtawce widzi zagrożenie, w każdym uśmiechu ironię, a w każdej propozycji zapowiedź rozczarowania.

Może dołączycie do mojego małego challenge’u: dwa razy w miesiącu świadomie wyjść poza swój bezpieczny schemat, spróbować czegoś innego i powiedzieć „tak” właśnie wtedy, kiedy mózg podaje nam na tacy gotowe „nie”?

A Wy — kiedy ostatnio zamieniliście swoje pierwsze „nie” w „tak”?

Julki (tak, właśnie tak mam na imię - Julka ;)) to bardzo mało znane stworzenia z polskich wierzeń ludowych, występujące lokalnie na Pomorzu, szczególnie w okolicach Jamna i Łabusza, czyli na terenach dzisiejszego Koszalina. Opisywano je jako niewielkie, dobrotliwe istoty żyjące pod ziemią — coś pomiędzy duszkami a karzełkami — związane z kurhanami i dawnymi miejscami pochówku. Według przekazów najbardziej chciały mieć święty spokój, ale jeśli ludzie je szanowali i nie zakłócali ich spokoju, potrafiły odwdzięczyć się pomocą, a nawet dzielić się zapasami w czasie głodu.

Więc kiedy nazywam siebie „małym pomorskim demonem”, właśnie do nich nawiązuję. Technicznie Julki były raczej dobrotliwymi istotami folkloru niż prawdziwymi demonami — ale „mały pomorski demon” brzmi zdecydowanie lepiej. 😆

* kultowy cytat z polskiego filmu komediowego Seksmisja w reżyserii Juliusza Machulskiego

Next
Next

Proroctwo na czasy Bryana Johnsona — „Ghost in the Shell” (1995) i obsesja nieśmiertelności