Yes -Jules
W poprzednim tekście pisałam o swoim małym challenge’u: mniej więcej dwa razy w miesiącu powiedzieć „tak” czemuś, czemu normalnie bez większego zastanowienia powiedziałabym „nie”. Nie chodzi o rzucanie wszystkiego i wyjazd do Japonii ;), kupowanie kolejnych gier — to akurat przychodzi mi zdecydowanie zbyt łatwo — ani o skok na bungee. Bardziej o złapanie własnego mózgu na gorącym uczynku, dokładnie w momencie, w którym już zdecydował za mnie, że coś będzie męczące, dziwne, stresujące albo po prostu „nie dla mnie”. I ostatnio kilka razy udało mi się ten automat wyłączyć.
1. Na skrzydłach — ZIELONY DZIĘCIOŁ.
Pierwsze „tak” było oczywiście inspirowane planszówką. Moją ukochaną Na skrzydłach. Skoro potrafię godzinami zachwycać się ptakami na kartach, uznałam, że może wypadałoby w końcu zacząć rozpoznawać również te prawdziwe. Znalazłam więc w Warszawie spacer ornitologiczny i przekonałam moje dwie besties — bliźniaczki — żeby poszły ze mną. Był tylko jeden problem: trzeba było wstać około szóstej czy siódmej rano. W niedzielę. Dla trzech osób, których naturalnym środowiskiem w niedzielny poranek jest łóżko, było to poświęcenie naprawdę poważne. Ja byłam podekscytowana, dziewczyny z miłości do mnie zgodziły się cierpieć. Ostatecznie cierpiałyśmy wszystkie, ale w radości, bo po raz pierwszy w życiu zobaczyłyśmy dzięcioła zielonego (Picus viridis).
Ja nawet nie wiedziałam, że taki istnieje. Nagle stałyśmy się odkrywczyniami nowych — przynajmniej dla nas ;) — gatunków.
Potem było już tylko ciekawiej. Dowiedziałam się na przykład, dlaczego kormorany stoją czasem z szeroko rozłożonymi skrzydłami. Widziałam je tak wielokrotnie i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać: „ale właściwie po co on tak stoi?”. Otóż suszy pióra po nurkowaniu. Jego upierzenie częściowo nasiąka wodą, dlatego po kąpieli można go zobaczyć właśnie w tej charakterystycznej pozie. Niby drobiazg, ale od teraz już nigdy nie zobaczę kormorana z rozłożonymi skrzydłami i nie pomyślę po prostu: „o, dziwnie stoi”.
Kolejny szok: wróbel może nie być wróblem. Może być mazurkiem. Mazurek ma brązową czapeczkę i charakterystyczną czarną plamkę na jasnym policzku. Samiec wróbla domowego ma natomiast szary wierzch głowy i takiej plamki na policzku nie ma. Oczywiście od tamtej pory oglądam małym brązowym ptakom policzki. Nigdy nie sądziłam, że moje życie pójdzie właśnie w tę stronę.
Ale to jeszcze nie koniec, bo okazuje się, że wróble i mazurki miewają międzygatunkowe mezalianse. 😆 Tak, naprawdę. Zdarzają się pary mieszane, a nawet potomstwo będące krzyżówką wróbla domowego i mazurka. Takie mieszańce mają zwykle cechy pośrednie obu gatunków. Badacze opisywali je między innymi tam, gdzie jeden z tych dwóch gatunków był lokalnie rzadki i wybór partnera robił się, delikatnie mówiąc, ograniczony!
A jeśli znacie dodatek Ptaki Europy do Na skrzydłach, być może zauważyliście też coś, co mnie swego czasu bardzo rozbawiło: jakieś 80% kart wyglądało tak, jakby europejskie ptaki miały poważny problem z poczuciem własnej wyjątkowości. „Zwyczajny”, „pospolity”, „common”… Serio, chyba jako kontynent potrzebujemy przytulenia. 😂
Szczególnie zachwycił mnie kopciuszek zwyczajny — Common Redstart, którego natychmiast przemianowałam na Common Cinderella i przez chwilę całkiem serio rozważałam zmianę nazwy swojego instagramowego konta.
I właśnie dlatego historia mewy pospolitej jest jeszcze ciekawsza. Bo ona naprawdę przestała być „pospolita” — również z nazwy. Określenie zaczęło robić się zwyczajnie mylące, szczególnie kiedy liczebność gatunku dramatycznie spadała. Od 2007 roku populacja w Polsce zaczęła gwałtownie maleć, a po mniej więcej dekadzie spadek szacowano nawet na około 80 procent. Tymczasem „pospolita” brzmi przecież jak: spokojnie, mamy tego pełno. Dlatego dziś nazywamy ją mewą siwą.
I najgorętsza historia całego spaceru — niemal ocierająca się o Pudelka: władza, narodowy symbol i kwestia stroju. 😆 Z naszym Orłem Białym wiąże się bowiem ciekawa ornitologiczna zagadka. Jako jego możliwy przyrodniczy pierwowzór często wskazywany jest bielik (Haliaeetus albicilla), choć oczywiście Orzeł Biały jest przede wszystkim stylizowanym symbolem heraldycznym, a nie wiernym portretem konkretnego gatunku. I tu wchodzimy w najważniejszy element całej afery: spodnie. Orły właściwe z rodzaju Aquila, takie jak orzeł przedni, chodzą jakby w długich kalesonach — ich nogi są opierzone aż do palców. Bieliki z rodzaju Haliaeetus wybierają natomiast rybaczki: dolna część nogi pozostaje nieopierzona. Czyli oprócz ptasich policzków oglądam teraz również ptasie spodnie. Naprawdę nie wiem, w którym momencie moje życie skręciło właśnie w tę stronę. 😆
Ale z mojej perspektywy zwycięzcą całego spaceru zostało słowo kleptopasożytnictwo. To zachowanie, w którym jedno zwierzę kradnie albo przejmuje pokarm zdobyty przez inne. Czy przypomina mi to zdobyty przeze mnie w sklepie serek Rolmlecz, odłożony później w lodówce i zjedzony przez mojego małżonka? Może. ;)
2. Noc Nietoperzy w Pawilonie Edukacyjnym Kamień.
Drugie „tak” idealnie trafiło w moje wieloletnie zamiłowanie do Batmana, wampirów i generalnie stworzeń prowadzących działalność po zmroku. Wybrałam się do Pawilonu Edukacyjnego Kamień — miejsca, o którego istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia — na „W poszukiwaniu nietoperzy” — spacer z chiropterolożką, z nasłuchem i interpretacją sygnałów echolokacyjnych. Wydarzenie prowadziła Katarzyna Thor. Jeśli ktoś proponuje mi nocne chodzenie nad Wisłą ze specjalnym urządzeniem do podsłuchiwania nietoperzy, naprawdę trudno powiedzieć „nie”.
Chodziliśmy po zmroku z detektorami — (https://www.wildlifeacoustics.com/) — które pozwalały usłyszeć sygnały echolokacyjne nietoperzy. I to było fantastyczne. Idziesz sobie nocą nad Wisłą i nagle okazuje się, że nad Twoją głową od dawna trwa cały ruch lotniczy, tylko Ty do tej pory nie miałaś odpowiedniego odbiornika.
Jak ukryta częstotliwość miasta.
I znów otworzyła się przede mną kraina, o której wiedziałam zaskakująco mało. W Polsce żyje kilkadziesiąt gatunków nietoperzy, nasze są owadożerne i wszystkie są chronione. Nietoperze wcale nie są też ślepe — widzą, a po zmroku dodatkowo korzystają z echolokacji. I są naprawdę pożyteczne. Każdej nocy zjadają ogromne ilości owadów, w tym komary, ćmy i gatunki będące szkodnikami. W innych częściach świata nietoperze zapylają również rośliny i rozsiewają nasiona. Czyli ich działalność wykracza zdecydowanie poza popkulturowe mieszkanie w nawiedzonych zamkach.
Jedna bardzo praktyczna rzecz została mi w głowie szczególnie: nie używajcie lepów na muchy w miejscach, do których mogą dostać się nietoperze. Nietoperz może przykleić do nich skrzydło, futro, łapę albo delikatną błonę lotną. Próbując się uwolnić, często przykleja kolejne części ciała i bardzo łatwo może się poważnie poranić. Odklejenie go bez dalszych uszkodzeń jest niezwykle trudne, a bez pomocy taka pułapka może skończyć się dla niego śmiercią.
Najciekawsza była jednak dla mnie informacja o wampirach zwyczajnych, czyli nietoperzach naprawdę żywiących się krwią. Jeśli jednemu z nich nie uda się zdobyć posiłku, inny może go nakarmić, zwracając część wypitej wcześniej krwi. Co więcej, taka pomoc nie jest zarezerwowana wyłącznie dla najbliższej rodziny — nietoperze tworzą trwałe relacje społeczne i potrafią dzielić się pokarmem także z niespokrewnionymi, a nawet osłabionymi czy chorymi osobnikami.Czyli nietoperz-wampir, stworzenie kojarzone raczej z horrorem niż empatią, okazuje się całkiem solidnym kumplem: widzi, że ktoś nie daje rady, i dzieli się jedzeniem.Czy my, ludzie, jesteśmy równie pomocni? Nie jestem przekonana. 😆
Fascynujące są też obserwacje dotyczące choroby. Chore nietoperze potrafią ograniczać część kontaktów społecznych, mniej się ze sobą pielęgnują i mniej intensywnie uczestniczą w życiu kolonii. U niektórych gatunków obserwowano również pozostawanie w schronieniu zamiast wychodzenia na żer. Nie oznacza to oczywiście, że nietoperz prowadzi w głowie kalkulację: „jestem chory, więc nie chcę Was zarazić”, ale efekt takiego zachowania może być bardzo podobny do naszego dystansu społecznego.
A potem usłyszałam historię, która wygrała cały wieczór, bo zawiera trzy rzeczy, których nigdy wcześniej nie umieściłabym w jednym zdaniu: nietoperze, kościoły i fundusze europejskie. Nietoperze bardzo chętnie wykorzystują strychy starych budynków, w tym kościołów, jako miejsca kolonii. Problem zaczyna się wtedy, kiedy budynek wymaga remontu. Nowy dach może uratować zabytek, ale wykonany bez uwzględnienia jego małych lokatorów może jednocześnie zniszczyć ich schronienie. Dlatego w ramach projektów ochrony nietoperzy, finansowanych również z funduszy europejskich, remontuje się dachy i dostosowuje strychy tak, żeby jednocześnie ratować budynek i zachować miejsce dla kolonii.
Uwielbiam takie historie. Idziesz wieczorem posłuchać nietoperzy, a wracasz z wiedzą o echolokacji, zachowaniach społecznych, ekologii, architekturze sakralnej i finansowaniu z Unii Europejskiej.
3. Planszówki w Spodku — Veni, vidi, emi.
Trzecie „tak” nie miało już nic wspólnego z dziką przyrodą, chociaż nadal dotyczyło stworzeń chętnie gromadzących się w dużych stadach. Tu pojawia się jeden z większych absurdów mojego funkcjonowania: potrafię sama podróżować pociągami po Japonii. Kupować bilety, robić przesiadki, odnajdywać się na gigantycznych dworcach, na których połowy rzeczy nawet nie potrafię przeczytać. Ale pociąg w Polsce? PRZERAŻAJĄCE. 😂
Mój mózg miał oczywiście cały zestaw bardzo rozsądnych powodów, żeby zostać w Warszawie. Będzie dużo ludzi. Będzie głośno. Trzeba ogarnąć pociąg. Co, jeśli coś pomylę? Właściwie po co ja w ogóle mam tam jechać? Mąż jednak mnie namówił, więc pojechałam.
Podróż w jedną stronę się udała. Spodek był ogromny. Spotkałam kilku planszówkowych znajomych, zagrałam w parę gier, spędziłam świetny czas z koleżanką, którą wcześniej znałam z Instagrama, i oczywiście zrobiłam rzecz absolutnie konieczną na konwencie osoby posiadającej już za dużo gier: kupiłam walizkę kolejnych.
Nikt nie mówił, że ćwiczenie mięśnia „tak” będzie pozbawione skutków ubocznych.
Powrót zresztą sprowadził mnie szybko na ziemię, bo nie zrozumiałam się z pociągiem i musiałam czekać na następny. Czy pojadę ponownie? Myślę, że nie. 😂 I to też jest dla mnie ważna część tego eksperymentu. Powiedzieć „tak” nie oznacza przecież, że później muszę sobie wmówić, że dana rzecz była najlepszym doświadczeniem mojego życia i od tej pory będę jeździć na każdy konwent.
Było bardzo fajnie, ale było też wszystkiego za dużo. Wróciłam potwornie przebodźcowana i z grami, których prawdopodobnie normalnie bym nie kupiła. Spróbowałam. Wiem już, jak to wygląda. Mogę spokojnie powiedzieć: bardzo się cieszę, że pojechałam — i równie spokojnie nie jechać następnym razem.
Kiedy patrzę na te trzy „tak”, właściwie nic ich ze sobą nie łączy. Pobudka o barbarzyńskiej porze na ptaki, nocne podsłuchiwanie nietoperzy i wielki planszówkowy konwent w Katowicach. A jednak wszystkie były dla mnie zupełnie nowymi przeżyciami i każde trochę rozbiło mój dość betonowy, zamknięty świat.
Nagle pojawił się w nim zielony dzięcioł, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. Kormoran suszący skrzydła. Mazurek, którego wcześniej prawdopodobnie nazywałabym wróblem. Mewa, która przestała być pospolita. Kleptopasożytnictwo. Nietoperze rozmawiające nad Wisłą. Wampiry karmiące swoich głodnych znajomych. Kościelne strychy remontowane z myślą o skrzydlatych mieszkańcach. Planszówkowi znajomi, którzy z Instagrama nagle stali się prawdziwymi ludźmi siedzącymi ze mną przy stole.
I chyba właśnie po to ćwiczę ten mój mięsień „tak”. Żeby od czasu do czasu wpuścić do własnego świata trochę nowych kolorów i wiedzy, zanim mózg zdąży zdecydować, że najlepiej będzie zostać w domu.
Do tego też Was namawiam. Nie do wielkich rewolucji. Po prostu czasem spróbujcie czegoś, czego normalnie byście nie zrobili. Może wrócicie z nowym hobby, nową znajomością albo kompletnie niepotrzebnym słowem. „A może odkryjecie ptaka, o którego istnieniu wcześniej nie mieliście pojęcia?”
A Wam udało się ostatnio wyjść trochę poza swoją strefę komfortu i spróbować czegoś nowego?