Gdy bycie sobą wychodzi na dobre- Beth Hoeckel

“When keeping it real goes right” @bethhoeckel spotted in Ireland

Twórczość Beth Hoeckel od pierwszego spojrzenia sprawia wrażenie cichej ucieczki z rzeczywistości — ale nie tej eskapistycznej, tylko potrzebnej. Takiej, która pozwala na moment odpiąć się od ciężaru świata, by móc dalej w nim funkcjonować. Jej kolaże pełne są kosmosu, przestrzeni i drobnych ludzkich sylwetek zagubionych w czymś znacznie większym od nich samych. Nie ma tu dramatycznych gestów ani heroizmu. Jest zawieszenie. Jest bycie.

Hoeckel urodziła się w Baltimore, później było Chicago, Nowy Jork, Los Angeles, aż w końcu znów powrót do punktu wyjścia. Sama mówi, że ciągłe przemieszczanie się ukształtowało jej osobowość — a ta bezpośrednio przenika do tego, co tworzy. I rzeczywiście, to czuć. Jej prace wyglądają jak zapisy życia w drodze, jak kadry pomiędzy jednym miejscem a drugim, pomiędzy decyzją a zawahaniem. Postacie rzadko są tu zakotwiczone — częściej dryfują, siedzą na granicy krajobrazu albo patrzą w coś, co nie do końca daje się nazwać.

Artystka pracuje w domu, w jasnym pokoju pełniącym rolę pracowni. Lubi eksperymentować z mediami: sięga po płynne akryle, tusz, gwasz, ale kolaż pozostaje dla niej punktem stałym. Stare papiery — kruche, czasem rozpadające się w dłoniach — niosą w sobie coś, czego nie da się już dziś odtworzyć: kolor, fakturę, jakość. To medium bywa wymagające, ale właśnie w tej delikatności kryje się jego siła.

Sama Hoeckel mówi, że wiele jej prac opowiada o „utracie kontaktu z rzeczywistością w dobrym znaczeniu”. O zanurzeniu się w marzeniu dziennym, o relacji człowieka z naturą, o chwili, w której nie trzeba reagować ani rozumieć — wystarczy być. I dokładnie tak odbieram ten obraz. Kobieta, która przeszła długą drogę, odpoczywa, siedząc na piasku i wpatrując się w tęczę przecinającą niebo. Wygląda jak ktoś, kto wreszcie przestał się spieszyć. Kto nie ucieka ani nie walczy. Kto pozwala, by coś większego po prostu się wydarzyło.

Kiedy na niego patrzę, myślę: tak właśnie czuję się, gdy robię coś w zgodzie ze sobą. Bez tłumaczeń. Bez dopasowywania się. Bez poprawiania własnych konturów pod cudze oczekiwania. To moment, w którym rzeczywistość nadal istnieje, ale przestaje naciskać.

Dlatego dziś, trzynastego lutego, w Międzynarodowy Dzień Kochania Siebie, chciałam opowiedzieć o tej pracy i o tej artystce. Nie jako o inspiracji do zmiany, lecz jako o przypomnieniu, że tęcza nie jest nagrodą czekającą na końcu drogi, lecz samą drogą prowadzącą do poznania i zaakceptowania siebie — do momentu, w którym przestajemy poprawiać się pod cudze oczekiwania, a zaczynamy widzieć siebie wyraźniej i łagodniej.Nie zmieniajcie się dla kogoś. Zmieniajcie się tylko dla siebie — i tylko wtedy, gdy naprawdę tego chcecie. Zaakceptujcie siebie i spróbujcie zobaczyć w sobie swojego przyjaciela, w pełnych, nieidealnych, tęczowych barwach.

Nie obiecuję, że wtedy wszystko stanie się łatwe. Wierzę jednak, że pojawi się siła. Cicha, wewnętrzna. Taka, która pozwala stać po swojej stronie nawet wtedy, gdy świat jest głośny i chaotyczny. I w którymś momencie — zupełnie niepostrzeżenie — pojawi się tęcza.

Na końcu garncem złota będziecie wy.

Stanie za sobą i za swoimi wartościami buduje się powoli.
I jest to — całkowicie serio — czysta tęcza. 🌈

Previous
Previous

Święte Pola Bitew i Zatrute Jabłko- Thanarit Thipwaree

Next
Next

Darvish — Mullah in Exile