“Force” Siła— Kohei Nawa

Force — Kohei Nawa

Museum on Echigo-Tsumari (MonET) · Tokamachi, Niigata

Na zdjęciach wygląda to jak metalowe druty albo bardzo cienkie struny, naciągnięte od sufitu do podłogi. Dopiero na miejscu przychodzi szok: to nie druty. To ciecz. Czarny olej spada z góry z ogromną prędkością, ale nieprzerwaną strużką — cienką jak nitka, idealnie pionową, na granicy zerwania, a jednak ciągłą. Na dole nie ma rozbryzgów, piany, nawet zmarszczki. Czarna tafla przyjmuje go bezgłośnie, gładka jak lakierowane lustro. Stałam przed tym dziełem i nie mogłam przestać patrzeć.

Kohei Nawa (ur. 1975) to jeden z najważniejszych japońskich rzeźbiarzy swojego pokolenia — autor słynnej serii PixCell, założyciel kioto­wskiego studia Sandwich. Rzeźbę studiował na Miejskim Uniwersytecie Sztuki w Kioto, aż do doktoratu. Jak opowiadał Framowi Kitagawie w wywiadzie dla Echigo-Tsumari, przez dziewięć lat studiów każdego lata jeździł na Art Camp w Hakushu, gdzie pracował przy rzeźbach plenerowych z artystami ruchu Mono-ha — i od początku bardziej niż sama rzeźba interesowała go relacja między sztuką a człowiekiem.

Z tego wyrosło pytanie, które prowadzi całą jego twórczość:

„Skoro rzeźba nie miała być formą samoekspresji ani projekcją własnego «ja», chodziło o to, jak odsunąć się od własnego ciała i dać samej materii uformować kształt."

Force jest najczystszą, najbardziej skrajną odpowiedzią na to pytanie. Nawa nie nadaje tu żadnego kształtu — pokazuje po prostu ciecz opadającą pod własnym ciężarem. Rzeźbi grawitacja.

Materiał jest tu bohaterem osobnym. To olej silikonowy — substancja używana jako smar do silników, o lepkości zbliżonej do miodu (i, jak przyznaje artysta, droższa od miodu). Nie paruje, nie zmienia właściwości ani w upale, ani przy minus trzydziestu stopniach; można go używać przez dziesięciolecia i pozostaje taki sam. A przede wszystkim: zachowuje się inaczej niż jakakolwiek ciecz, którą znamy. Woda spadająca z tej wysokości pieniłaby się i pryskała. Olej silikonowy pochłania każdą falę i każdy pęcherzyk natychmiast — dlatego powierzchnia w dole pozostaje nieruchomym, czarnym lustrem. Nawa natrafił na niego około 2002 roku, szukając cieczy, w której piana całkowicie znika (tak powstała wcześniejsza praca FOAM). Na realizację pomysłu czekał kilkanaście lat. Pod sufitem pracuje pompa, której wydajność musiała zostać obliczona co do litra: dokładnie tyle płynu wraca na górę, ile opada. Zamknięty obieg. Deszcz, który nigdy nie ustaje.

I tu zaczyna się moja część, bo to dzieło czasem śni mi się po nocach — i muszę o nim opowiedzieć.

Force obrazuje dla mnie przymus. To, jak jesteśmy do czegoś zmuszani — jak siła, której nie wybraliśmy, wgniata się w nasze ciało i zostawia w nich swój kształt. Patrzyłam na te czarne linie i widziałam wszystko, co trwa zbyt długo, żeby można było po prostu otrząsnąć się i zacząć od nowa: niewolnictwo, wojnę, przemoc, systemowy ucisk. Rzeczy, które nie kończą się jednym uderzeniem. Spadają bez przerwy. A kiedy rana zaczyna się zasklepiać, kolejna kropla trafia dokładnie w to samo miejsce.

Ta tafla na dole nigdy nie zazna spokoju. Zawsze będzie wgnieciona tam, gdzie uderza strumień. Ale im dłużej o tym dziele myślę, tym mniej jednoznaczny staje się dla mnie ten nacisk. Kojarzy mi się z systemem, religią, szkołą — ze wszystkim, co od dziecka próbuje nadać nam określony kształt. Nauczyć tych samych zasad, wtłoczyć w te same ramy, powiedzieć, co jest właściwe, normalne, pożądane. Wytworzyć z jednostek możliwie spójną masę, która będzie potrafiła funkcjonować razem.

I właśnie powtarzalność jest tutaj najbardziej niepokojąca.

Strumień spada przecież cały czas. Po pewnym czasie można przestać go zauważać. Myślę wtedy także o mediach. O nieustannym strumieniu katastrof, wojen, przemocy, kryzysów i kolejnych „pilnych wiadomości”, które mają jeszcze raz przyciągnąć naszą uwagę. Problem polega na tym, że człowiek przyzwyczaja się także do zła. To, co kiedyś byłoby szokujące, po setnym podobnym nagłówku staje się tylko kolejną informacją przesuwaną palcem po ekranie. Żebyśmy zareagowali, bodziec musi być coraz mocniejszy. Wiadomość coraz bardziej tragiczna. Obraz coraz brutalniejszy.I w ten sposób zmienia się nie tylko świat, ale także granica tego, co jesteśmy w stanie zaakceptować.Jednocześnie nie chcę powiedzieć, że każde „ugniatanie” jest złe. Może część z niego jest po prostu ceną dorastania.

Dorastanie oznacza przecież odkrycie, że świat nie składa się z prostych odpowiedzi, a dobre intencje nie zawsze prowadzą do dobrych rezultatów. Że życie z innymi ludźmi wymaga kompromisów. Że nie zawsze możemy zrobić dokładnie to, na co mamy ochotę. Że istnieją zasady społeczne, wobec których czasem trzeba się dostosować — i jednocześnie znaleźć sposób, żeby nie zgubić w nich siebie. Nie idealizuję też bezgranicznej indywidualności. Bo jeśli każda jednostka napiera wyłącznie w swoją stronę, pojawia się inny rodzaj siły — odśrodkowa. Wspólnota zaczyna się rozpadać. Zamiast kompromisu mamy milion osób przekonanych, że ich własny kierunek jest jedynym słusznym.

Być może więc problemem nie jest sam nacisk.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy nacisk nie pozostawia żadnej przestrzeni na ruch. Kiedy zamiast nas kształtować, chce nas złamać. Może właśnie dlatego Force tak bardzo mnie hipnotyzuje. Biel i czerń. Ciężar cieczy. To, jak wbija się w idealnie płaską linię lustra i wgniata ją bez jednego dźwięku. Mam ochotę wejść pomiędzy strumień a taflę. Stanąć pomiędzy katem a uciśnionym i na chwilę przerwać ten zamknięty obieg.

Ale jednocześnie wiem, że nie da się przeżyć życia bez nacisku. Dla mnie więc to ugniatanie jest również wiedzą o ciemniejszej stronie świata. Świadomością tego, co ludzie są w stanie zrobić innym ludziom, jak działają systemy, jak łatwo przyzwyczajamy się do rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały nam się nie do przyjęcia. Chodzi chyba nie o to, żeby pozostać nietkniętym. Tylko żeby pod naciskiem nie przestać być sobą.A ja, jak dobra PRL-owska gumka od majtek, nie planuję pęknąć.

A Wy — nosicie w sobie dzieło, które nie daje Wam spokoju?

Next
Next

movements — 目 [mé]