Patrz na to, co kochasz — Shō Ishida „Kot pierwszego kontaktu”

„Każdy boryka się z innymi problemami. Różnią się one kolorami i kształtami, ale większość z nich można uleczyć kotem.”

Po trzech książkach Shō Ishidy powinnam już chyba znać ten mechanizm na pamięć. Ktoś gubi się we własnym życiu, trafia do tajemniczej poradni Kokoro, spodziewa się diagnozy i recepty, po czym zamiast farmaceutyków dostaje kota. Schemat się nie zmienia, a mimo to po raz kolejny działa na mnie dokładnie tak, jak powinien. Te książki są literackim odpowiednikiem cappuccino albo gorącej czekolady wypitej wtedy, kiedy świat staje się odrobinę za głośny. Nie czytam ich dla fabularnych zaskoczeń. Czytam je po to, żeby ktoś na chwilę przypomniał mi rzeczy, które przecież wiem, tylko bardzo łatwo je zgubić pomiędzy pracą, obowiązkami, telefonem i kolejnym zadaniem do odhaczenia.

Bo kiedy życie bez przerwy dopisuje kolejne pozycje do naszej listy, bardzo łatwo zatracić się w samym wykonywaniu. Co jest naprawdę ważne? Jak ustalić priorytety, kiedy wszystko wydaje się pilne? Po co właściwie pracujemy, robimy zakupy, sprzątamy mieszkanie, załatwiamy sprawy i przerzucamy kolejne taski do kolumny „done”? Co z tego wszystkiego naprawdę sprawia nam radość i po co w ogóle tak się spieszymy?

„A gdyby ponownie straciła pani z oczu cel, proszę spojrzeć ku temu, co pani lubi. Tak jak koty.”

Myślę, że szczególnie łatwo zgubić to dzisiaj, kiedy próbujemy łapczywie pomieścić w jednym życiu wszystko naraz: pracę, ludzi, podróże, rozwój, hobby, obowiązki i jeszcze parę nowych rzeczy, bo przecież szkoda byłoby czegoś nie spróbować. Tylko że w pewnym momencie zamiast przeżywać, zaczynamy jedynie konsumować kolejne doświadczenia. A chwile są jednorazowe. Nie da się odłożyć ich na później i wrócić do dokładnie tej samej wersji. Dlatego podoba mi się myśl Ishidy: czasem naprawdę warto przestać na chwilę optymalizować życie, wziąć okład z psa, zrobić coś dobrego dla kogoś, podreperować karmę i po prostu pobyć przy tym, co jest dla nas ważne teraz.

„Los bywa kapryśny, ale czasami wie, co robi. W rzeczach nieistotnych kryje się sens, a to, co miało być ważne, okazuje się nieistotne. Niech się pani skupi na tym, co ważne w tym momencie. Nawet jeśli jutro miałoby to być coś innego.”

I chyba właśnie to Ishida robi najlepiej. Nie próbuje przekonywać, że kot uleczy życie.

„Koty mogą zdziałać cuda, ale efekty ich stosowania zależą w dużej mierze od pacjenta. Jeśli nie poświęcimy ani chwili na analizę trudnych chwil, całe doświadczenie przyniesie nam jedynie ból. Pani jednak przeanalizowała swój problem i się z nim uporała.”

Jeśli człowiek nie zatrzyma się nad tym, co się wydarzyło, i niczego z tego nie zrozumie, nawet najbardziej niezwykłe doświadczenie niewiele zmieni. Kot nie wykonuje więc pracy za bohatera. Raczej robi niewielką szczelinę w jego dotychczasowym sposobie funkcjonowania. Zaburza rutynę, zmusza do spojrzenia poza własną głowę, pozwala zauważyć coś, co wcześniej pozostawało niewidoczne. Resztę trzeba zrobić samemu.

Najbardziej podobała mi się historia pacjenta, który jest tak przeciążony stresem, że zamiast odpoczywać przychodzi do poradni… udawać kota. W domu czekają na niego żona i nowo narodzone dziecko, a napięcie narosło do tego stopnia, że nie ma nawet ochoty wracać. W gabinecie uczy się miauczeć, prychać i wyrzucać z siebie emocje, których normalnie nie potrafi nazwać ani wypowiedzieć.

„Na ogół za dobre sposoby na walkę ze stresem uznaje się karaoke, śmiech, bieganie czy chodzenie na siłownię. On tymczasem naśladował kocie miauczenie, dając z siebie wszystko.”

Brzmi absurdalnie, ale właśnie dlatego ten fragment działa. Nie chodzi o to, żeby bohater stał się kotem. Ma przez chwilę przestać być dorosłym człowiekiem, który wszystko musi rozumieć, kontrolować i komunikować w sposób racjonalny. Ma zobaczyć, jak to jest po prostu wyrzucić z siebie napięcie.

Najlepsze przychodzi później, kiedy zaczyna prychać również w domu. Jego żona najpierw patrzy na niego jak na człowieka, który ostatecznie stracił kontakt z rzeczywistością, po czym wybucha śmiechem. I od tego momentu, kiedy jedno z nich ma już serdecznie dość, zamiast natychmiast wejść w kolejną spiralę napięcia, zaczynają wyć albo prychać jak koty. Nie rozwiązuje to problemów związanych ze zmęczeniem, odpowiedzialnością czy noworodkiem. Ale zmienia sposób, w jaki są razem w tym napięciu. Z czegoś ciężkiego, co każde z nich kisi osobno, robi się wspólny kod. Problem nie znika, ale przestaje na chwilę być czymś, co każde z nich dźwiga samotnie. Czasem bardzo potrzebny dystans zaczyna się właśnie od czegoś kompletnie idiotycznego.

W tej samej historii pojawia się zresztą zabawny szczegół: bohater uczy się również „krzyczeć w milczeniu”, bo gdyby cała grupa pacjentów zaczęła jednocześnie wrzeszczeć, sąsiedzi mogliby nie docenić terapeutycznej metody. I to jest chyba najbardziej japońska technika radzenia sobie ze stresem, jaką ostatnio spotkałam: uwolnij emocje, ale proszę nie przeszkadzaj innym. ;)

Bardzo podoba mi się też wątek relacji, których nie da się przyspieszyć. Jedna z bohaterek dochodzi do wniosku, że była tak przyzwyczajona do przekonania, iż ludzie ją lubią, że dystans drugiej osoby automatycznie odczytała jako niechęć. Dopiero kontakt z kotem pozwala jej dopuścić prostszą możliwość: ktoś może wcale nie być do niej uprzedzony. Może po prostu potrzebuje więcej czasu. Może jest ostrożny. Może nadają na innych falach. A może nigdy się nie zaprzyjaźnią i też nie będzie w tym żadnej tragedii.

Koty są zresztą idealnymi nauczycielami tej lekcji, bo trudno przekonać kota, żeby polubił nas zgodnie z naszym harmonogramem. W książce pojawia się rozmowa o tym, czy koty są zwierzęcymi tsundere — moim ulubionym typem postaci — czyli chłodnymi, szorstkimi, czasem wręcz wrogimi na zewnątrz, ale skrywającymi pod tym wszystkim zupełnie inne emocje. Jedna z bohaterek protestuje jednak, że kot nie atakuje „bez powodu”. Powód zapewne istnieje. To my możemy go po prostu nie znać.

Bardzo lubię tę myśl, bo działa znacznie szerzej niż w relacjach z kotami. Nie wszystko, czego nie rozumiemy, jest wymierzone przeciwko nam. Czyjś dystans nie musi być odrzuceniem. Czyjaś cisza nie musi oznaczać niechęci. I nie każdy człowiek musi chcieć się z nami zaprzyjaźnić. Można próbować skrócić dystans, ale można też pozwolić mu istnieć.

„Przyznanie przed samym sobą, że czegoś nie damy rady zrobić, wymaga sporo odwagi.”

Zwykle o odwadze myślimy dokładnie odwrotnie. Jeszcze raz spróbować. Wytrzymać. Zacisnąć zęby. Udowodnić sobie, że jednak dam radę. Tymczasem czasami najbardziej uczciwym zdaniem jest: nie. Nie dam rady. Nie teraz. To przekracza moje możliwości. I wbrew pozorom wymaga to czasem więcej samoświadomości niż kolejna próba heroicznego ciągnięcia wszystkiego na własnych plecach.

Pierwsza część serii była dla mnie przede wszystkim ciepłą historią o tym, jak zwierzę może nieoczekiwanie zmienić trajektorię czyjegoś życia. W drugiej pod futerkiem pojawiły się ostrzejsze pazury: pisałam wtedy o eskapizmie, odpowiedzialności za zwierzę, „estetycznych adopcjach” i o tym, jak łatwo zrobić z żywej istoty plaster na własne problemy. Trzeci tom jest spokojniejszy. Przypomina raczej, że kot nie jest rozwiązaniem — jest czymś, co może zatrzymać człowieka wystarczająco długo, żeby sam zaczął go szukać.

I chyba właśnie dlatego wracam do tych książek, mimo że dokładnie wiem, czego się po nich spodziewać. Nie dlatego, że wierzę, że kota można przepisać jak antybiotyk. Lubię to, że Ishida raz na jakiś czas zmusza mnie do sprawdzenia, czy przypadkiem nie pomyliłam życia z listą zadań do wykonania.

Bo kiedy wszystko robi się za głośne, nie zawsze potrzebuję kolejnego planu naprawczego. Czasem potrzebuję książki. Czasem dobrej planszówki, która na dwie godziny skutecznie wyłączy mi resztę świata. Czasem człowieka. A czasem wystarczy czarny nos i dwie czarne kropki wystające z białego futra pośrodku białego pokoju.

I to naprawdę wystarczy. 🐾

A Wam — co pomaga, kiedy świat robi się odrobinę za głośny?

Next
Next

Okład z kota, eskapizm i karmienie własnego ego — Shō Ishida „Zaleca się kolejnego kota”