Światło w zaułkach Shinjuku — "Koty z Shinjuku", Durian Sukegawa
„Pomyślałem, że nic nie trwa wiecznie, wszystko ulega nieustannym zmianom. Również to, co nosimy w sercach, przemija jak niesiony na wietrze piasek. Niezmienne pozostaje jedynie światło księżyca opromieniające swoim niebieskim blaskiem każde jego ziarenko. Z tego powodu najprawdziwszym cudem jest znalezienie w naszych krótkich życiach osoby, z którą uda się nawiązać bliższy kontakt emocjonalny.”
książka, którą polecam szczególnie fanom piosenek Artura Rojka: melancholijnie piękna, a jednocześnie napawająca nadzieją.
Pochłonęłam ją w jeden wieczór, bo nie mogłam przestać czytać. Dokładnie takiej lektury pragnęłam — historii, w której zakończenie jest pozytywne, ale nie disneyowskie. To opowieść o tym, jak życie spowite ciemnością nabiera blasku dzięki przypadkowo spotkanej osobie, która sama nosi w sobie mrok, a jednak dzięki temu spotkaniu oboje odnajdują światło. Akcja toczy się w Tokio — w świecie nocnych barów i bezdomnych kotów, gdzie ludzie spotykają się przypadkiem i zmieniają sobie życie nawzajem.
„Pomyślałem, że nic nie trwa wiecznie, wszystko ulega nieustannym zmianom. Również to, co nosimy w sercach, przemija jak niesiony na wietrze piasek. Niezmienne pozostaje jedynie światło księżyca opromieniające swoim niebieskim blaskiem każde jego ziarenko. Z tego powodu najprawdziwszym cudem jest znalezienie w naszych krótkich życiach osoby, z którą uda się nawiązać bliższy kontakt emocjonalny.”
Zawsze mam nadzieję być tą osobą, która zapali w kimś światło i pomoże mu wznieść się ku niebu, by zapłonął niczym gwiazda. Sama też często spotykam takich ludzi na swojej drodze. Mam wtedy wrażenie, że jesteśmy niczym atomy, które dzięki zderzeniom sięgają wyżej i płoną blaskiem, którym mogą się dzielić.
Wspaniałe w tej historii jest to, że postać, która zmienia życie bohatera, sama ma za sobą bardzo trudną przeszłość. To, że potrafi dzielić się dobrem, zaskakuje, bo ten „blask” nie jest oczywisty — ale nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły.
Praca jako „umierająca dusza”
Podczas gdy ja po cichu smucę się, że nikt nie czyta tego mojego „bełkotu” (tego bloga 😉), bohater książki, scenarzysta telewizyjny, boryka się z podobnym problemem. Tworzy programy dla bezosobowych mas, a nie dla konkretnego widza, którego można poznać i zrozumieć. To czyni jego pracę syzyfową — nie daje ona radości, prowadzi do licznych problemów i całkowitego wyczerpania.
Myślę, że warto tu wspomnieć o czymś, co przyciągnęło moją uwagę — i myślę, że przyciągnie też Waszą. Japońskie określenie na „zapracowanie” — isogashii (忙しい) — kryje w sobie coś niezwykłego. To jedna z najbardziej przejmujących lekcji lingwistycznych, jakie oferuje ten język — niemal poetyckie, a zarazem brutalne ostrzeżenie zapisane w piśmie. Znak ten składa się z dwóch części: po lewej 忄, czyli uproszczona forma kokoro (心) — serce, dusza, umysł. Po prawej 亡 — zniknąć, stracić, umrzeć.
Dosłownie: bycie zajętym to stan, w którym serce ginie. Sugeruje to, że gdy człowiek jest nadmiernie pochłonięty pracą, traci kontakt z własnymi uczuciami, empatią i tym, co czyni go ludzkim. To stan automatyzmu, w którym zapomina się o tym, co ważne, a zostaje tylko jałowy obowiązek.
Jest to niezwykle wymowne w kulturze, w której pracuje się do ostatnich sił, a wzięcie dnia wolnego bywa źle widziane. To podejście ma swoje korzenie w dziedzictwie bushidō (drodze wojownika). Choć samurajowie odeszli w przeszłość, ich system wartości — lojalność wobec grupy, samopoświęcenie i gaman, czyli cierpliwe znoszenie tego, co nie do zniesienia — został po II wojnie światowej „przeszczepiony” do japońskich korporacji.
W takiej kulturze praca musi być wykonywana z całkowitym oddaniem. Nawet jeśli miałoby się to skończyć śmiercią z przepracowania (過労死 karōshi), która do dziś stanowi w Japonii poważny problem społeczny. W tym kontekście karōshi nie jest postrzegane wyłącznie jako tragedia medyczna, ale jako mroczny dowód na to, że ktoś „walczył do samego końca”. To tragiczny paradoks — gdzie najwyższa forma oddania prowadzi do ostatecznego zniknięcia.
Ciemność jako szansa
Ciemność powstaje wtedy, gdy jesteśmy sfrustrowani brakiem postępów. Sukegawa trafia w punkt — tam, gdzie jest mrok, możemy znaleźć szansę:
„Gdy twoje wysiłki nie przynoszą rezultatów i nikt nie zwraca na ciebie uwagi, paradoksalnie ten czas staje się dla ciebie szansą na dalszy rozwój. (...) Czasem, gdy nikt nie zwraca na ciebie uwagi, po prostu śpisz i pijesz.”
Mogę z ręką na sercu potwierdzić — trudno jest ciągle wymylać coś nowego, gdy wszystko pędzi do przodu. Nasza kora przedczołowa, ta odpowiedzialna za logiczne planowanie, w komfortowych warunkach przechodzi w tryb oszczędny — po co się wysilać, skoro jest dobrze? Ale kiedy pojawia się prawdziwe ryzyko, instynkt walki lub ucieczki budzi coś głębszego. Dopiero wtedy mobilizujemy się naprawdę i wymyślamy rzeczy, których w stabilnych warunkach byśmy nie dostrzegli. Paradoks — żeby stworzyć coś nieszablonowego, życie musi nas do tego zepchnąć. I to udaje sie bohaterowi ksiazki. Wybiera ie szablonowa droge i uzysuje maly sukces pokoj i radosc.
Odnaleźć własną ścieżkę
„To, co nas różni, to ścieżka, którą podążamy. Każdy z nas ma inne oczy i inaczej widzi nimi świat. Chociaż mówią nam, że to nasza wada — to nasz największy atut.”
Koniec książki i droga, którą wybrał główny bohater — życie skromne, ale wolne od przymusu tworzenia dla mas — jest niezwykle inspirująca. To lekcja tego, jak żyć w zgodzie ze sobą. Bo przecież:
„Czasami przyszłość umyka wszelkim wyobrażeniom.”
I tego Wam życzę ✨