Princes Mononoke

Dlaczego zakończenie „Księżniczki Mononoke” wydaje się zdradą
(I dlaczego Miyazaki właśnie to miał na myśli)

Czy zdarzyło Wam się kiedyś powrócić do filmu z przeszłości z absolutnym przekonaniem o jego tragicznym finale, by ostatecznie odkryć, że prawda ekranu jest zupełnie inna?

Przez lata żyłam w przeświadczeniu, że zwieńczenie Księżniczki Mononoke to bezwzględna, ostateczna katastrofa. W mojej pamięci ten seans zapisał się jako mroczna, wstrząsająca przypowieść o ludzkiej chciwości, bezwzględnej władzy i destrukcyjnej naturze człowieka – opowieść, w której bohaterowie musieli zapłacić najwyższą, śmiertelną cenę.

Impulsem do ponownego zanurzenia się w to arcydzieło stała się dla mnie bolesna wiadomość: 28 czerwca 2026 roku odeszła Akihiro Miwa – legendarna japońska artystka, która w oryginalnej wersji językowej tchnęła życie w potężną wilczycę Moro. Sprostanie wizji i bezwzględnym wymaganiom Hayao Miyazakiego graniczy z cudem, jednak ona dokonała czegoś absolutnie wybitnego. Podarowała Moro dumę, duszę i przeszywającą, dziką głębię. Pragnąc złożyć jej hołd i uratować w sobie pamięć o jej kunszcie, postanowiłam raz jeszcze obejzec ten film.

I wtedy nastąpiło kompletne tąpnięcie. Moje dotychczasowe wspomnienia legły w gruzach. Okazało się, że Ashitaka, San, a nawet Lady Eboshi… uszli z życiem.

W pierwszej chwili poczułam coś na kształt wewnętrznego oporu, niemal narracyjnej zdrady. Przecież ich śmierć wydawała się nieunikniona. Kosmiczna, dziejowa sprawiedliwość wręcz domagała się krwawej ofiary za grzechy popełnione przeciwko naturze. Jednak gdy na ekranie zaczęły pojawiać się napisy końcowe, prawdziwe, o wiele bardziej dojrzałe przesłanie Miyazakiego w końcu odsłoniło przede mną swoje karty. Odmawiając widzowi widowiskowej katastrofy, reżyser odbiera nam najprostsze wyjście. Bohaterowie nie mogą umrzeć – ponieważ śmierć byłaby dla nich zbyt łatwym rozgrzeszeniem.

Zmierzch dawnych bogów

Osadzona w realiach okresu Muromachi Księżniczka Mononoke to kronika historycznego pęknięcia. To moment, w którym Japonia bezpowrotnie żegna się z mistycznym, nieokiełznanym średniowieczem na rzecz bezwzględnej, wczesnej industrializacji.

Kiedy z szyi Ducha Lasu tryska krew, dawny świat umiera na naszych oczach. Potężne bóstwa-zwierzęta tracą swoją nietykalność w zderzeniu z ludzkim żelazem. Gdyby Lady Eboshi i ludność Żelaznego Miasta zostali doszczętnie starci z powierzchni ziemi przez boski gniew, film stałby się jedynie prostą, tradycyjną moralitką. Rachunek krzywd zostałby wyrównany, konto wyzerowane, a my opuścilibyśmy kino z poczuciem komfortowej, poetyckiej sprawiedliwości.

Brzemię trwania

Miyazaki odrzuca jednak tę łatwą satysfakcję i skazuje ludzi na przetrwanie. Robiąc to, składa porażający ciężar odpowiedzialności bezpośrednio na ich barki. Gdy w finałowych scenach okaleczona Lady Eboshi spogląda na zgliszcza swojego imperium, nie rzuca przekleństw w stronę niebios. Mówi ze spokojem: „Zaczniemy od nowa. Zbudujemy lepsze miasto”. W jej słowach nie ma dumy z wygranej. To pełne pokory, słodko-gorzkie wejście w epokę nowoczesności. Bogowie odeszli, a magia bezpowrotnie wygasła. Ludzkość nie ma już obcej siły, którą mogłaby winić za własne grzechy, ani kosmicznego protektora, który zstąpi z nieba, by naprawić ich błędy.

Dlaczego nasza pamięć domagała się tragedii?

Twórca Studia Ghibli wielokrotnie podkreślał, że nienawidzi czarno-białych opowieści, w których człowiek i natura nagle, w naiwnym uścisku, zaczynają żyć w idealnej symbiozie. Jako dorośli widzowie jesteśmy wręcz podświadomie zaprogramowani na tragiczne katharsis. Kiedy film odmawia nam tego radykalnego cięcia – pozostawiając San w kniei, a Ashitakę pośród ludzi; połączonych miłością, lecz rozdzielonych światami – nasz umysł tłumaczy ten głęboki, egzystencjalny żal jako fizyczną śmierć.

Rzeczywistość stworzona przez Miyazakiego jest jednak o wiele bardziej wymagająca niż prosty dramat. Nie otrzymaliśmy tragedii. Otrzymaliśmy bezwzględne zobowiązanie do tego, by trwać dalej i każdego dnia próbować żyć odrobinę lepiej. Te słowa, w obliczu odejścia wielkiej artystki, brzmią dziś mocniej i prawdziwiej niż kiedykolwiek wcześniej:

„Życie to cierpienie. Jest ciężkie. Świat jest przeklęty, ale mimo to znajdujesz powody, by żyć dalej”.

Czy mieliście już okazję oglądać ten film? Jeśli tak, jakie wrażenie wywarł na Was ten powrót po latach i czy Wasze wspomnienia również domagały się innego zakończenia? Zostawcie swoje myśli w komentarzach – jestem niezwykle ciekawa Waszych wrażeń.

Next
Next

Smutny, realistyczny i genialny — Dlaczego warto obejrzeć „The Four Seasons”