Tamon's B-Side: Śmieszne, mądre i boleśnie prawdziwe oblicze bycia gwiazdą
Natknęłam się na to anime przez przypadek na platformie Crunchyroll, ale szybko okazało się ono prawdziwą perłą, przy której nie potrafię przestać się śmiać. Jeśli wydaje wam się, że to kolejna płytka opowieść o popularnym boysbandzie i zakochanej w jednym z wokalistów naiwnej dziewczynie — nic bardziej mylnego. Pod warstwą znakomitej komedii kryje się tutaj zaskakująca głębia i genialna dekonstrukcja japońskiego show-biznesu.
Dla każdego fana Japonii oraz osoby pragnącej zrozumieć skomplikowaną relację na linii gwiazda-fan, jest to pozycja absolutnie obowiązkowa. Główna bohaterka, Utage, to wzorcowy przykład otaku, a jej życie w całości kręci się wokół kultury Oshi (推し). Tamon, wokalista z jej ulubionego zespołu, to właśnie jej tytułowy oshi — idol wspierany najmocniej ze wszystkich. Utage z pełnym oddaniem uprawia oshikatsu, czyli aktywność dla idola: chwyta się licznych prac dorywczych i bierze nadgodziny, by każdy zarobiony grosz móc wydać na jego merch. I tak, przez kompletny przypadek, trafia jako pomoc domowa prosto do jego mieszkania.
To, co uderza w tej historii, to mistrzowskie zderzenie iluzji z rzeczywistością i perfekcyjne wykorzystanie zjawiska „Gap Moe” (ギャップ萌え). Termin ten opisuje urok, jaki odczuwamy, gdy postać ujawnia stronę charakteru całkowicie sprzeczną ze swoim wyglądem lub codziennym zachowaniem. Na scenie Tamon jest uosobieniem charyzmy, totalnym uwodzicielem, którego życiowym mottem jest: „chcę, by wszyscy się uśmiechali”. Tymczasem w domowym zaciszu zrzuca maskę i staje się kimś zupełnie innym. Płynnie przechodzi od olśniewającego boga sceny do wycofanego, depresyjnego „chłopca-porażki” w dresach, który panicznie boi się ludzi i tego, że zawiedzie fanów.
Jego ataki melancholii są przedstawione w przeuroczy sposób — kiedy pochłaniają go wątpliwości, w jego otoczeniu dosłownie wyrastają grzyby. Widok Utage wynoszącej 20 worków na śmieci wypełnionych tymi „grzybami smutku”, by posprzątać dom idola (zwanego przez nią pieszczotliwie „Gloomy Hara”), to czyste komediowe złoto. (Szybko też okazuje się, że inni członkowie zespołu mają za kulisami równie szokujące, podwójne osobowości!).
Serial fenomenalnie obrazuje odwieczną walkę i moralny dylemat między byciem fanem a zwykłą nastolatką, która stara się pomóc zagubionemu chłopakowi, przeistaczając się w jego przyjaciółkę. W Japonii funkcjonuje silna iluzja dostępności i złota reguła granic. Idole są sprzedawani jako osoby „czyste”, w teorii należące do wszystkich swoich fanów, dlatego posiadanie dziewczyny to nierzadko skandal niszczący karierę. Fani absolutnie nie powinni tych granic przekraczać.
Ten cienki lód wybornie podsumowuje najśmieszniejsza dla mnie scena w serii. Utage omawia z przyjaciółkami swoją miłość do idola, kiedy jedna z nich rzuca z pozoru niewinne pytanie: „A co, jeśli nasz idol znajdzie sobie dziewczynę?”. Odpowiedź drugiej brzmi krótko: „Zamordujemy ją”. Zaraz potem dziewczyny wspólnie odprawiają rytualny „taniec wiedźm”. To genialna i bardzo ostra satyra na prawdziwe, niekiedy wręcz przerażające poczucie własności, jakie fani (tzw. sasaengi) czują wobec gwiazd. Widząc to, nasza główna bohaterka zaczyna oblewać się zimnym potem i dusić z dyskomfortu — bo to właśnie ona przekroczyła tę niewidzialną granicę bliskości.
Co w tym wszystkim najpiękniejsze, to fakt, że ilekroć Tamon traci wiarę w siebie jako „Gloomy Hara”, Utage nie podnosi go na duchu z pozycji zakochanej dziewczyny. Robi to jako jego najwierniejsza otaku. Przywraca mu status niemalże boga (kami), przypominając, dlaczego na scenie daje jej tyle radości. Ogląda się to z nieustannym uśmiechem i ogromnym docenieniem dla tego, jak inteligentnie to anime porusza się po fascynującym świecie japońskiego fandomu.
Dla kogo jest to anime? Gorąco polecam tę serię wszystkim, którzy na co dzień żyją w ułudzie Instagrama i wyidealizowanego świata mediów społecznościowych, a także — a może przede wszystkim — dzieciom i młodzieży. To fantastyczna, pełna humoru lekcja, która obnaża mechanizmy kreowania wizerunku. Pokazuje piękną i bardzo potrzebną dzisiaj prawdę: nawet największa gwiazda jest w głębi duszy po prostu człowiekiem. Człowiekiem, który boryka się z własnymi problemami, lękami i kompleksami. Za każdym perfekcyjnym uśmiechem z ekranu czy zdjęcia kryje się ktoś, kto czasem ma ochotę założyć stary dres i zniknąć pod kocem ze swoimi „grzybami smutku” — i to jest absolutnie w porządku!